Wędrówka z Władysławem Krygowskim po zielonych Beskidach

„Beskidzie zielony! W trzy rzędy sadzony!
Beskidzie graniczny! Beskidzie kochany!”
/Wincenty Pol, Do zielonego Beskidu/


Barbara Bałuc
Wędrówka z Władysławem Krygowskim po zielonych Beskidach


Starsze pokolenie przewodników beskidzkich wychowało się na przewodnikach Władysława Krygowskiego, moje w większości na tych wydawanych przez Oficynę Wydawniczą „Rewasz”. Oczywiście o Krygowskim słyszeliśmy, ale… Trochę jak w znanym przysłowiu: „Słyszy, że dzwonią, ale nie wie, w którym kościele.” Bliższą znajomość ze słowem pisanym pana Krygowskiego rozpoczęłam od książki Góry i doliny po mojemu , którą polecił mi (i pożyczył) kolega – przewodnik, Adam Sobczyk. Z tejże książki szczególnie polecam  - ze względu na tematykę związaną z naszą „małą ojczyzną” - rozdział Beskidzie zielony, w trzy rzędy sadzony…

***
Kim był Władysław Krygowski? Jak już wspomniałam, znany jest przede wszystkim jako autor przewodników górskich, ale także wieloletni redaktor naczelny „Wierchów”. Urodził się w Krakowie w 1906 r. i tam też zmarł w 1998 r. Posiadał uprawnienia przewodnika beskidzkiego i tatrzańskiego. Znaczne zasługi Władysława Krygowskiego dla polskiej turystyki górskiej zostały docenione przez turystyczną brać, gdyż 26 listopada 1972 r. otrzymał godność członka honorowego PTTK, a w 1995 r. godność tę nadało mu PTT. W 1999 r. została ustanowiona mocą uchwały Prezydium Zarządu Głównego PTTK i z jego upoważnienia przyznawana przez Komitet Redakcyjny „Wierchów” Nagroda Literacka im. Władysława Krygowskiego.
Andrzej Matuszczyk, który miał ten zaszczyt i przyjemność współpracować z Krygowskim w latach 60. i 70. tak go wspomina:
„Był i pozostanie wielkim autorytetem moralnym i najlepszym znawcą górskiej problematyki. Nauczyciel gór dla kilku pokoleń Polaków został trwale uhonorowany nagrodą literacką swojego imienia nadawaną przez Komisję Turystyki Górskiej ZG PTTK od 2001 roku. W Bieszczadach można powędrować przez Jego przełęcz (między Tarnicą a Szerokim Wierchem), a w Krakowie, w którym spędził większość życia, jest ulica Władysława Krygowskiego na os. Kliny. W roku 2009 Zarząd Główny PTTK nadał imię Krygowskiego schronisku PTTK na Hali Kondratowej w Tatrach” .
Błędnie jednak podaje A. Matuszczyk informacje co do Nagrody Literackiej im. Władysława Krygowskiego. Została ona ustanowiona w 1999 r. mocą uchwały Prezydium Zarządu Głównego PTTK i z jego upoważnienia przyznawana przez Komitet Redakcyjny „Wierchów”, służąc „utrwaleniu pamięci o tym wybitnym człowieku gór i świetnym pisarzu, w intencjach jej inicjatorów honorować ma osoby szczególnie zasłużone dla kultury polskiej w związku z ich dokonaniami w dziedzinie literatury górskiej we wszystkich jej przejawach” .
Warto wiedzieć, że Krygowski debiutował wierszami i krótkimi formami prozatorskimi jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym . Nie zdziwi nas zatem poetycki język we wspomnieniach z górskich wypraw, stanowiących zasadniczy wątek książki Góry i doliny po mojemu. Jacek Kolbuszewski słusznie zauważył melancholijną zadumę autora:
„Pisze autor o górach widzianych <<po swojemu>>, więc z melancholijną zadumą wspomina czas, który minął, ludzi, którzy już odeszli (…). Wydaje się jednak, że najważniejsze w tej książce są nie wspomnienia, lecz refleksja na temat sensu i kształtu turystyki górskiej, jej miejsca w życiu jednostki i społecznej funkcji. Odzywa się tu dydaktyk subtelny i tolerancyjny, daleki od apodyktycznego narzucania własnych poglądów. (…)” 
Dajmy się zatem poprowadzić Krygowskiemu po Beskidzie zielonym – tak bliskim nam pograniczu Beskidu Sądeckiego i Niskiego, pasmem granicznym między Polską a Słowacją...

***
Pretekstem do snucia wspomnień są dla Krygowskiego kije, które w przeszłości były wiernymi towarzyszami górskich wędrówek. Stoją w kącie pod oknem i razem stanowią grupę przedmiotów, ale gdy autor weźmie któryś z nich do ręki, to „jakby z tłumu obcych ludzi odezwał się nagle znajomy głos” . Również z terenu dawnego Klucza Muszyńskiego jest taka pamiątka:
„(…) trochę kij pastucha, trochę patyk, jakich dziesiątki mają chłopcy na wsi: do wszystkiego i do niczego. Bije się nim kamienie, kreśli na ziemi, grzebie w wodzie, rzuci czasem za krową, gdy poszła w szkodę. Przy jego pomocy przeszliśmy Mochnaczkę i szliśmy już z nim w trójkę na Dzielec, ku granicy” .
Do poszukania tegoż kija zmusiła autora przeprawa przez wody potoku Mochnaczka, kiedy to schodził z Huzarów . Nie wiemy gdzie dokładnie rozpoczął wędrówkę – wcześniejszy fragment książki opisuje Gorce, a stamtąd nagły przeskok do Krynicy i wędrówka na wschód.:
„Ledwo zejść nieco z Huzarów na wschód w dolinę Mochnaczki, a już ziemia inna. Nie dlatego, że wczoraj krynicki gwar, świetna kawa w maleńkiej kawiarence na uboczu, ale dlatego, że przeszło się tu na dziale wód granicę czasu. W bezimiennym potoczku – nadaję mu teraz w myśli najczulsze imiona – wstaje mgła poranna, dym rosy parującej w słońcu. Podłoże lasu mokre jak gąbka, spocząć nie ma gdzie, a chce się nam jeść. O kilkanaście kroków pasie się spokojnie sarna; nie spłoszona chrzęstem gałęzi pod naszymi nogami ani naszym zatrzymaniem się, podniosła tylko głowę i znów szczypie trawę. Czy to też nie znak, że świat już inny. W koronach jodeł istne ptasie szaleństwo. Kwietniowa pogoda idzie z nami już trzeci dzień. Wędrujemy na wschód, uciekając od utartego szlaku. Co prawda w kwietniu wszędzie jest inaczej, nawet na zwykłych ścieżkach. Lasy bez listowia, krzewy zaledwie pokryte mgiełką zieleni, w runie leśnym pod nogami za to bujność. Przez gałęzie widać świat, którego w maju nie zobaczysz, już wszystko zarośnięte. Miło teraz iść w świeżość śródleśną, w rajskość wiosenną, wsłuchiwać się w bulgotanie wody, wpatrywać w orosione pajęczyny świtu, znajdować jeszcze w cienistych kątach płaty nawianego śniegu, brudnego od igliwia, leśnych pyłów i gałązek. Nawet ostatni na ziemi człowiek wzruszy się jeszcze pierwszym pierwiosnkiem, zawilcem, podbiałem, nieśmiałą sasanką i wonnym wilczym łykiem, choćby ich nie znał po nazwisku. Na początku jest zawsze zdumienie. Dobrze nazwali przyrodnicy dnem lasu to zacisze zieloności, ojczyznę mchów, porostów, paprotników, ziół i bylin, tu jest bowiem źródło i początek lasu, jego korzenie siły i wytrwania, a w glebie chemia soków i przyczyn – samo życie.
Świat tu za Krynicą podwójnie inny. Kto tu chodzi teraz po pustkach przygranicznych, tu i dawniej było inaczej, cóż dopiero dzisiaj, po wojnie. Nad wygiętym na tle nieba polem wzlatują gawrony, na miedzach bieleją tarniny. Jednak coś dzieje się na rozmokłej drodze za wodą. Tu układa się drzewo do transportu, tu też krząta się trzech ogorzałych ludzi.”
Gwar uzdrowiska ustępuje pierwszeństwa przyrodzie, której Krygowski jest wnikliwym obserwatorem i znawcą. Razem z nim obserwujemy wiosenną roślinność, cieszymy się prześwitami między gałęziami, które wkrótce znikną, gdyż drzewa się zazielenią, pokryją listowiem. Wędrowiec ma szczęście – kwietniowa pogoda mu sprzyja, jest słonecznie, a więc do woli może delektować się obserwowanym krajobrazem. Na tym „przygranicznym pustkowiu” przyciągają jego wzrok robotnicy, szykujący drzewo do transportu w doliny. Tak docieramy z autorem do drogi krajowej nr 75w miejscowości Mochnaczka Niżna, wzdłuż której biegnie potok o tej samej nazwie (Mochnaczka), będący granicą między Beskidem Sądeckim a Beskidem Niskim. To tędy prowadzi Główny Szlak Beskidzki  i chcąc nie chcąc musi autor przeprawić się przez wodę na drugą stronę. To tutaj znajduje wspomniany już przeze mnie kij, który pozostanie wiernym towarzyszem wędrówki. Tutaj też zaznajamia nas z dalszym biegiem potoku wpadającego w Tyliczu do Muszynki (niedaleko cerkwi), a następnie do Popradu. To taka „wodna dygresja”, gdyż wędrówka prowadzi dalej na wschód, a nie na południe. Jednak opis wskazuje, że autor nie raz już tam bywał.
„Aby wyjść na szkarpę drogi, musimy przeprawić się przez potok, a potok to właśnie Mochnaczka. Płynie ona na południe, jakby na przekór wszystkim potokom karpackim. Jej wody złączą się koło Tylicza z Muszynką i po namyśle zawrócą na północ do Powroźnika, okrążywszy półkolem wzgórza krynickie. Niełatwo jednak Muszynce zawrócić, musi się przedrzeć między Tyliczem i Powroźnikiem wąziutkim i krętym przełomem, tylko sobie znanym, bo turystów zna go niewielu – a szkoda. Nie znają oni też jej lewobrzeżnych potoków, Borsuczej Dolinki, Słupnego, Młynnego i Wojkowej, i tylu innych, żłobiących masyw Wysokiego Bereścia i Zimnego. Urocze to zakątki, dziś tak niezwykłe, jak wczoraj Bieszczady. Jodły tam wiekowe, trawy po ramiona, żywicą pachną południowe zbocza w upalny dzień.
Wszystko przez te wody Mochnaczki, bo powiedziałaś: bez kija tu nie przejdziemy, chyba buty trzeba zdjąć. Zacząłem się rozglądać za kijem, przy którego pomocy łatwo po kamieniach przejść bez zamoczenia nóg – i znalazłem.”
Kolejne wzniesienie, to graniczny Dzielec ,
Na Dzielcu szumiało wiatrem wiosennym, pachniało rozoraną ziemią, zgniłymi liśćmi zeszłorocznej jesieni. Było już doprawdy inaczej: wschodnio i południowo. Pobałamuciłem tu drogę, trochę z niechęci do mapy, trochę z lekkomyślności, ale wkrótce otwarła się w dole przestronna dolina z szeroką przełęczą i wyniosła Lackowa wskazała drogę. W pustce zaturkotał traktor, skryty za załomem doliny, tam gdzie były ludne kiedyś Izby. Idzie tu droga rozdeptana w błocie, lecz nie dowlecze się do granicy, pochłonie ją trawa. Niegdyś było tu przejście do Bardiowa. W szczerym polu stoi stóg siana pod dachem, a koło baraku robotnicy grają uporczywie w karty.
Gdym opowiadał o konfederatach barskich, którzy w tej okolicy pod Lackową, w Izbach i Muszynce bili się, sypali wały, kopali okopy – nie bardzo mi wierzyłaś – bo nieraz nabierałem cię przy byle jakim kopcu i pagórku pod Krakowem, że to konfederacka pamiątka. Nie bardzo więc wierzyłaś, że tędy szedł Pułaski, a tam ścigał go Drewicz, i że Huzary i tyle innych nazwa wiąże się z okresem ich walk, wolałaś  patrzeć na Lackową z granicznym przecinkiem i na nikłą strugę Białej spod Ostrego Wierchu i Lackowej.
W głębi dolinki błyszczało coś wśród drzew. Tam właśnie powinna być wieś Bieliczna. Droga kładła się pod nogami i wydłużała, a siodło między Lackową i Ostrym Wierchem zdawało się wciąż cofać w głąb. Kwitły śliwy poskręcane i wygięte, cierniami obsypane i kwieciem, bieliły się w Bielicznej tarniny. Tu były kiedyś chałupy, jak wskazywały to wiejskie uliczki, chodniki, jakieś płotki, opłotki i sady. Tam parę zarosłych trawą krzyży, pewnie cmentarz, w obłoku niebieskawej blachy kapliczka, a za nią przygarbiona przez skrót pochyłości Lackowa. I już wiemy, że te świecące w słońcu ściany to cerkiew; w resztkach szyb słońce zapala gromnice zmarłemu światu. Jedyne, co żywe, to my – nie – jeszcze są w gałęziach jakieś piski ptasie, i to też nie jedyne życie, gdyż za cerkwią na spłowiałym ikonostasie przestraszona zielona żabka, a daleko na stoku Białej Skały pasą się pod lasem konie, do połowy skryte w trawie. A więc i tam, gdzie wszystko zdaje się umierać – już jest życie. W lesie słychać stuk siekiery, konie podniosły łby, zwietrzyły nas.
Rozgarniam trawę, wszędzie coś szuści i smyka. Zalani słońcem i spoceni, pniemy się na przełaj na Ostry Wierch. Stromo, ciężko i uciążliwie. Patrzę za siebie na Lackową i mierzę nią, ile jeszcze do naszego szczytu. Stok staje dęba, zagradza drogę kolczastą gęstwiną, nie chce się skończyć. Ze szczytu niewiele widać prócz powyginanej buczyny i ciernistych krzewów, pod którymi kryją się w poszyciu śliskie i ruchome głazy. Schodzimy z Ostrego Wierchu ku granicy – sam wierzchołek jest cały polski – przedzierając się na wschód przez wiatrołomy, zielska i bezdroża. Ale wkrótce wszystko przechyla się ku wschodowi, ku innej dolinie, przesila się także dzień w popołudniowe cieniste godziny. W prawo od nas ciemnieje na południu głęboka kotlinka Cigelki, wgnieciona między wznoszący się nad nią pięćsetmetrowy stok Buszow – po słowacku Bušov – Lackową i zagięty dalszy ciąg wododziału Karpat. Dziwna to kotlina. Co źródło tutaj – to bogactwo. Tryska w kotlinie Cigelki mnóstwo źródeł mineralnych, wód alkalicznych, słonych, jodobromowych lub musujących. Jest ich ponoć czternaście, mocnych, orzeźwiających i leczniczych. Jakież zaprawdę bogactwo w tych górach po naszej i słowackiej stronie. Czerpią one moc zdrowotną z karpackich fliszów i ławic piaskowcowych, w których jako bogata pozostałość dawnych, prastarych mórz, trwają związki chloru, jodu, sodu i innych cennych związków chemicznych. Ale to nie morza szumią w lasach Szałasiska nad Cigelką, gdy zaczynamy obniżać się w dolinę Ropy ku średniowiecznym włościom „dobrego rycerza” Gładysza. To mówi historia. (…)
Zamajaczyła nam puszcza karpacka, jodłowa, bukowa i jaworowa. W ostępy parowów schodziły cisy i wiązy, wilgoci szukały w dolinach olchy i osiki, ku wyżynom pięły się dęby, jesiony i modrzewie. Jeśli padały, to z okrutnej starości, lecz długo umierały stojąc, koronami w słońcu, aż im przyszło umierać pod toporem, pod żarem ognisk zapalanych przez osadników, aby łatwiej dały się karczować. Jak tu niegdyś bywało, przejawia się dziś tylko w nazwach.
W Wysowej tego wieczoru, kiedyśmy przyszli – nic się nie działo. Cisza szóstej godziny wisiała nad zapylonym gościńcem i jechało nim na rowerach kilku robotników leśnych; dwie dziewczynki spieszyły się do sklepiku, lecz przyglądały się nam ciekawie i podejrzliwie, gdyśmy na schodkach domu czekali na przybycie pani nauczycielki.
(…)
Bardzo jest uprzejma pani nauczycielka, gościnna i serdeczna jak wszyscy ludzie tutejsi. Dzięki niej będziemy spali jak bogowie, dzięki niej gasimy tego wieczoru pragnienie wodą wysowską, cudownym napojem musującym, szczawą alkaliczną, smakowitą i orzeźwiającą. Następnego dnia próbujemy innych wód, choć nie mam pewności czy wszystkich. Jedni mówią, że jest ich siedem czy osiem, inni natomiast doliczyli się ich więcej. Jedne są słono-sodowe, inne pachną i smakują żelazem, inne siarką, od innych wreszcie trudno się po prostu oderwać. Za dawnych czasów ormiańscy kupcy przechowywali w wysowskich piwnicach mocne wina węgierskie. Za naszych dni nie mniejszą wartość mają tutejsze wody mineralne.
Kiedyż doczekamy się, ze nie tylko Zakopane i Krynica będą ściągały uwagę całego kraju, lecz dziesiątki innych zdrojów w Beskidzie Niskim, zaniedbanym i opuszczonym. Marzę, być może marzę bezproduktywnie, o przyszłości tej ziemi, tak samo jak marzę o przeszłości.

Beskidzie graniczny! Beskidzie zielony!
Od Boga pomiędzy narody rzucony!
Coś źródła podzielił na morza, na dwoje,
O, powiedz mi, powiedz! czy jeszcze twe zdroje
Tak żywo jak dawniej i grają, i pienią?
Czy łąki się twoje jak dawniej zielenią?
Czy szumią twe lasy, jak dawniej, wesoło?
Czy trzmielą tak smukło twe świerki wokoło?
Czy sklepią się jeszcze twe buki jak wprzódy?
A jawor czy chyli się jeszcze do wody?
Beskidzie zielony! W trzy rzędy sadzony!
Beskidzie graniczny! Beskidzie kochany!
I chłodem jelenim, i mgłami owiany...
Gdzież czasy są owe, gdym konno tam hasał,
Gdym serce i oczy po tobie ja pasał?
To wąsik się ledwie na twarzy mi pisał
I świat mną jak świerkiem wyniosłym kołysał...
A dzisiaj spoglądam, Beskidzie, w twe strony
Żałośnie - jak jawor nad wodą schylony...

 


Bibliografia:
J. Kolbuszewski, Góry widziane po swojemu, „Życie Literackie” Nr13, 26 III 1978.
B. Krawczyk, Poetycka wizja gór w prozie Władysława Krygowskiego, strona internetowa Komisji Historii i Tradycji Zarządu Głównego PTTK: http://khit.pttk.pl
W. Krygowski, Góry i doliny po mojemu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977.
A. Matuszczyk, Władysław Krygowski - żył dla gór,
http://krygowscy.com/Pobierz/publikacje/publikacje-o-krygowskich/Matuszcz_Krygowski.pdf
Nagroda Literacka im. Władysława Krygowskiego, http://gosciniec.pttk.pl/05_2002/077.html
W. Pol, Do zielonego Beskidu,
http://www.poezje.hdwao.pl/wiersz_3443-do_zielonego_beskidu_wincenty_pol.html


Artykuł ukazał się w „Almanachu Muszyny” 2015

Mofeta Tylicz

Można w tym wypadku mówić o ciekawej osobliwości przyrodniczej - w Tyliczu została odkryta największa mofeta w Karpatach. W związku z prowadzonymi pracami nad zagospodarowaniem "Mofety Tylicz" znajdującej się w osadzie turystycznej

Muzeum Dziejów Tylicza

W muzeum znajduje się mnóstwo ciekawych eksponatów historycznych związanych lub powiązanych z Tyliczem, z jego mieszkańcami, z dawnym rzemiosłem i cechami Tylicza, są też stare zdjęcia, stroje, instrumenty muzyczne i co najważniejsze stare dokumenty upamiętniające 650-cio letnią historie Tylicza i jego mieszkańców.

 

Szlak Konfederatów Barskich

Zapraszamy Państwa do wspaniałej podróży w czasy Konfederacji Barskiej. Wędrując po malowniczej Gminie Krynicy - Zdroju, napotkacie tablice upamiętniające wydarzenia, które miały tu miejsce.

 

Copyright © 2017 - Odkryj Tylicz
CMS SIRADJE
Korzystając z tej strony, musisz zaakceptować korzystanie z plików cookie do analizy, dostosowanych treści i reklam.  Akceptuj